W ramionach Ciszy – Fragmenty

BYĆ MOŻE SĄ NA ŚWIECIE LUDZIE, którzy samych siebie nigdy nie oszukiwali i od dzieciństwa szli przez mapę życia prostą ścieżką, bez trudu odczytując własne powołanie. Ja do nich nie należę. Potrzebowałam Czasu, aby odkryć misję i nie zabłądzić na bezdrożach. Dopiero od piętnastu lat czuję się Wartością, której krzywdzić nie wolno. Okres, kiedy przestałam zauważać Boga, jawi mi się jako czasy mroku. Zakazy i nakazy traktuję jako znaki drogowe, tym pożyteczniejsze, że dobre samochody i ostrą jazdę przedkładam nad kołysanie się w furmance, jakże romantyczny środek lokomocji. Unikam katowania się wyrzutami sumienia i umiem cieszyć się byle czym. Wbrew pozorom kartki z pyłkiem literek nie służą autopromocji. To rzecz o urzekającej sile Ciszy. Jest raczej zmaganiem niż wyrazem zuchwałości. Raczej ją- kaniną niż roszczeniem pretensji do posiadania Prawdy. A może potrzebą podzielenia się pięknym, choć niełatwym doświadczeniem? Próbą poszukiwania zrozumienia? Hołdem złożonym Tajemnicy większej niż cokolwiek. Oby tylko nie zbyt nachalnym. Oby świadomym tego, że pojęcia i słowa dotykają wierzchołka, nie Rzeczywistości. Oby nie zabrakło pokory. I nic więcej. Nic ponad to. Kieruję ją do… do tych, którzy nie chcą rozmowy! Słowo „Bóg” zwyczajnie ich denerwuje. Chrystus jeszcze bardziej…

Żona sołtysa kryła się ze swym nałogiem długo i wytrwale. Uzależniona od piwa regularnie pochłanianego w ilości pięciu butelek co drugi dzień, z nadzorem opinii publicznej radziła sobie w sposób kobiecy i zarazem przepojony wstydem. Świadoma tego, że w środowisku wiejskim pijaczka na anonimowość liczyć nie może, unikała podejrzeń lokalnej społeczności, zdobywając ulubiony trunek w kilku rozmaitych sklepach. W ten sposób skwapliwie zacierała ślady. Tego tylko brakuje, aby ona, miejscowa bogaczka zasłużyła sobie na plotki i pośmiewisko. Znalezienie leku, który mógł jej pomóc, okazało się łatwiejsze, niż myślałam. Okresowość w rytmie dwudniowym, uzależnienie od piwa, lęk przed psami, skłonność do osłabienia niezbicie wskazywały Chinę – lek, który w krótkim czasie przyniósł efekty. Trafi ony w dziesiątkę! Zafascynowana możliwościami homeopatii pacjentka przyprowadziła do leczenia swoje dzieci. Jakież było więc moje zmartwienie, gdy przy pierwszej próbie odstawienia leku problem alkoholowy powrócił. Powrócił natychmiast! „Świadomość to bramy choroby” mówi lekarskie porzekadło, raz jeszcze potwierdzające, że w przypadku uzależnień nie wszystko w ręku lekarza. Tego byłam pewna – piłka po stronie pacjentki. Niestety, nadwątlona wiara we własne moż- liwości nie wróżyła najlepiej. Pomyślałam o spotkaniu z Ciszą. Pacjentka była religijna, a w dodatku miała w sobie pewien rodzaj dumy, odrzucającej tradycyjne terapie odwykowe. Długo namawiać nie musiałam.
Pojechała!
Za jakiś czas odebrałam telefon. Z własnej inicjatywy dzwoniła, aby zdać relację. W trzecim dniu pobytu za klasztornym murem wystąpił u niej ciężki kryzys. Myśli wprost kłębiły się w głowie: „Trzeba stąd uciec i to jak najszybciej! Czego ja tu szukam? Co za głupoty! Na co ta lekarka mnie namówiła? To nie ma nic wspólnego z leczeniem!” Przedtem wypada tylko poinformować przewodnika duchowego, z którym każdy rekolektant spotyka się raz dziennie przez dwadzieścia minut. Złożyć ukłon gospodarzowi i będzie wolna! Przewodnik duchowy uśmiechnął się ze smutkiem.
– Klasyka! Nie panią pierwszą to spotyka. Trzeba zostać.
Posłuchała. No bo co jej szkodzi? Wyjść łatwo, wrócić trudniej.
– I niedługo potem poczułam Wielką Radość – kontynuowała. – Taką radość miałam tylko raz w życiu – kiedy urodziłam córkę. Ale ta była większa, stokroć większa. I ta Radość już ze mną pozostała.
– No dobrze – pytam. – Co jednak z uzależnieniem, poradziła sobie pani?
Cele niemedyczne mnie nie interesują.
– Oczywiście – mówi kobieta, a w jej głosie pobrzmiewa spokój i pewność. – Przecież to do mnie w ogóle nie pasuje.
Zamarłam!
Zmiana perspektywy była porażająca. Nigdy przedtem ani potem nie spotkałam się z tak nagłym wzrostem akceptacji własnej osoby. Zmianą perspektywy o sto osiemdziesiąt stopni. Jak długo musiałaby trwać psychoterapia? Kto i gdzie miałby ją prowadzić, aby w pięć dni dało się dokonać aż takiego skoku? Skoku – w rzeczy samej – jakościowego! „To do mnie w ogóle nie pasuje”. Jakby na głowę tej kobiety ktoś niewidzialny wsadził koronę lub aureolę. Jakby odkryła własną świętość. Tymczasem ze mną dzieje się coś niedobrego. Ja, która wszystkim chcę pomagać, czuję zazdrość. Brzydkie uczucie. Skąd się wzięło? Nie wiem, jeszcze nie wiem…
– Wszyscy mogą tam jechać, tylko nie ja – skrzeczy w głębi mego ducha Zażalenie.
Głosik ostry, wyraźny, ale niezbyt życzliwy. Na szczęście zagłuszony głosem potężnym. Płynącym z Prawdy.
– Zaraz, zaraz… A na narty za chwilę będziesz mogła?
Odłożywszy słuchawkę, podeszłam do komputera. Kilka kliknięć myszką i jestem. Zgłoszenie poszło w eter i za tydzień mogłam pakować walizkę

Jednym z punktów dnia zamykającego Rekolekcje jest dzielenie się Owocami.
– Znosimy Ciszę – oznajmia przeor.
Niezwykły moment. Możliwość zabrania głosu. Dobrowolnie i bez przymusu. Ludzie mówią rzeczy niezwykłe, godne zapamiętania. Dlatego lubię ten moment, znany z Fundamentu. Za chwilę, gdy udadzą się do refektarza, zapanuje tam ludzkie klekotanie. Harmider o wszystkim i niczym. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie w tej chwili. Ich słowa są spokojne, wyważone. Jakby Duch grał. Jakby oni sami byli jedynie instrumentami. Ojciec Grzegorz musi podzielać ów pogląd, bo zająwszy miejsce pod ścianą, zdaje się chłonąć każde Słowo. Siedzi z twarzą zatopioną w dłoniach i słucha.
Słucha w wielkim skupieniu.
Pierwszy zabiera głos chłopak z podgolonym karkiem, trenujący sporty walki. Pamiętam go z Fundamentu, kiedy cieszył się z tego, że spotkał tylu młodych facetów.
– Bóg jest precyzyjnym i inteligentnym graczem – oznajmia. – Stoczyliśmy walkę jak na macie. Rok temu wciągnął mnie w dar modlitwy i muszę pochwalić się, że wszystko to utrzymałem. Tym razem pojąłem, że ja się Go boję, a nie kocham. Ja – i zawiesza głos. – Ja… całe swoje dorosłe życie spędziłem na zakopywaniu talentów. Musicie wiedzieć, że was sobie tutaj ponazywałem: „Długonoga”, „Blondyna”, „Wysoki”, „Ciocia”. Dziękuję wszystkim. – I po chwili dodaje: – Runda trwa.
Wstaje siwy mężczyzna.
– Nie myślałem, że we mnie jest tyle trwogi. Nie wierzyłem, że można się jej pozbyć. Dostałem jednak dar przebaczenia…
Kobieta w  średnim wieku odwołuje się do chwil przed przyjazdem:
– Nie macie pojęcia, co Zły robił, abym nie przyjechała. Wpierw złapała mnie grypa. Cała wspólnota odradzała wyjazd. W przeddzień odebrałam telefon, że mama w szpitalu. Przyjechałam. Jestem zdrowa. Mama też się poprawia.
Przypomina mi się uwaga przeora z poprzedniego cyklu.
– Nie martwcie się o bliskich. Nigdy dotąd nie byli tak dobrze pilnowani.
Głupio mi, że pierwszy termin został przeze mnie odroczony. Na szczęście każdy ma słabości. Ktoś nadmiernie eksponuje siebie, inny się wzrusza. Jeden płacze, drugi potrząsa szabelką.
– Będzie strasznie, będzie rzeźnia, myślałem przed przyjazdem. A teraz mówię: „za fajnie było” – oznajmia przystojny młodzieniec.
– Kiedy kończyłam Fundament, kazano mi repetować klasę. Byłam dotknięta, ale już wiem, że nie ma potrzeby gonić, spieszyć się. To nie jest stopień wtajemniczenia, lecz poziom przeżycia. Człowiek za dużo tematów chciałby ugryźć naraz… – mówi młoda zakonnica.
Ładna dziewczyna, która studiowała na zagranicznych uniwersytetach, przyznaje, że przez świat gnała ją pustka. Określając siebie samą poprzez etykietkę Dorosłe Dziecko Alkoholika, zwalała na nią wszystkie niepowodzenia. DDA niczym kotwica ściągało ją niemal na dno.
– Przez pierwsze dni szukałam siebie. A gdy znalazłam, odkryłam, że DDA to nie dla mnie. I teraz chciałabym wysłać Mu bukiet kwiatów. Chwała Panu!