Reanimacja fragmenty książki

Fragmenty Audio

Fragment 1


Fragment 2


Fragment 3


Fragment 4


Fragment 5

Fragment I – POCZĄTEK

Do końca stulecia pozostało jeszcze trochę czasu, nieco mniej niż pokolenie potrzebuje do osiągnięcia dojrzałości, nieomal tyle, ile trwa zdobycie matury. Liczba pytań, bez odpowiedzi wzrastała z każdym dniem, im większe było koło poznania, tym więcej pytań rodziło się poza jego obwodem. Fizycy szukali jednej wspólnej Teorii Wszystkiego, wracając do źródeł wyznaczonych przez starożytnych, ale poszukiwane od tysięcy lat Sacrum udało się wreszcie zepchnąć w sferę iluzji. Na świecie nie działo się najlepiej i po śmierci Boga, wróżono rychły koniec człowieka.
W kraju konspira dostała po łapach.
Nikt rozsądny już nie liczył na zmiany.
Remont trwał i trwał, choć szpital stał w samym centrum, przy głównej ulicy. Później, znacznie później, po wielu latach, kiedy podczas burzliwych narad w urzędzie po raz kolejny zmieniano nazwy ulic i likwidowano przeszłość, zrodził się pomysł zburzenia starego i zbudowania nowego, całkowicie od podstaw. To wszystko odbywało się trochę na łapu capu, bez głowy i bez projektu, bo co w zamian, nikt nie wiedział.
Pomysłu nie było i już.
Toteż remont zawieszono, po czym znów ze zdwojoną gorliwością podjęto. Fasada była przyzwoita, prezentująca się tylko nieco mniej wytwornie niż ratusz, a na pewno lepiej od sądu, też w kółko odświeżanego, niestarannie, byle jak.
Okalające budynek rusztowanie rzucało w głąb pewien cień, dzięki czemu remont przynosił korzyść tym spośród pacjentów, których twarda rzeczywistość zmusiła chorować na korytarzu, gdzieś w okolicy wejścia do toalety, ale przecież nie z głową blisko sedesu. Podczas deszczu na suficie drugiego piętra, ale również na oddziale noworodkowym i chirurgii wykwitały mniejsze i większe zacieki, całkiem spore wilgotne plamy, których pewnie nikt by nie zauważył, gdyby do łóżka gminnego ważniaka nie wpadł był kawał tynku. Odłamek stuknął w gips, grubą warstwą pokrywający kościec jak z gumy, co o tyle go nie dotknęło, że gips jak to gips, niczym beton od wszelkich wpływów nieźle chroni.
I wtedy po raz pierwszy, ale nie ostatni, pod zdecydowanym wpływem małżonki aparatczyka zmieniona została koncepcję przebudowy. Owa pani zdołała narobić tyle rabanu i tyle wrzasku, że natychmiast rozdzwoniły się telefony. Aparat za aparatem grały cudne jak marsz, jak hejnał, jak koncert melodie tamtej epoki, w której jednym zdaniem, jednym poleceniem rozwiązywano problem, od ręki załatwiając sprawy małe i sprawy wielkie. Na baczność ustawiano dyrektora, z pionem równano inspektora, ordynator miał się z pyszna, ale tylko salowa traciła premię.
Na tym to polegało.
Właśnie na tym.
Nie zmniejszając prędkości wóz meblowy wjechał do Miasteczka. Szafy, lodówka, materace i biurko długo zachowywały równowagę, przesunęły się tylko kartony z książkami, a czerwony nocnik wskoczył na głowę pluszowego misia. Przelatywaliśmy właśnie koło szpitala, gdy smarkacz kierowca współczującym wzrokiem obrzucił Ewę ukradkiem ocierającą łzy.
– Nie szkoda pięknych oczu? – stwierdził wyrzucając niedopałek.
Całą drogę nie zamieniła ani słowa i nawet westchnienia brunecika nie zdołały jej poruszyć. Grosza nie mam i nie będę nigdy swego domu miał, gwiżdżąc studencką rajdową melodyjkę bezskutecznie usiłowałem wydmuchać złość.
– Zachowujesz się jak porzucająca Metropolię artystka – warknąłem. -Lekarzem można być wszędzie.
Ocknęła się.
– W tym zawodzie potrzeba mistrza -odparła cicho.- Tyle się jeszcze muszę nauczyć.
Moja śliczna prymuska, laureatka olimpiad i rektorskich nagród przerażona groźbą niespełnienia jechała raczej za niż ze mną. Pędzącemu w jutro, ani przez myśl mi nie przeszło oglądać się za siebie. Mamusia na miotle i wszystko co najgorsze, pozostawało w tyle, porzucone daleko za nami.
Wygrałem!
Wygrałem i w głowie szumiała mi radość. Nie wiedziałem, że porywam dziecko, małą dziewczynkę, która ciężkim krokiem podążała za mną. Podążała tak, jakby szła na zsyłkę.
Prowincja, a cóż to złego?
Lekarzem można być wszędzie.
Wierzyłem w to głęboko.
Rynek w Miasteczku był kwadratowy. Plac jak plac. Na lichym trawniczku vis a vis kościoła sterczał brzydki pomnik z roku czterdziestego któregoś. Skwer przecinały dwie alejki, dzielące miejsce na cztery ćwierci, w narożnikach umieszczono lustra, na skrzyżowaniach znaki. Niby kwadrat, a w sumie rondo. Nakaz, stop, skręt, lustro, zakaz. Dzisiaj, kiedy plac strząsnął z siebie imię krwawego rewolucjonisty, powracając do utrwalonej tradycją, słusznej, starej nazwy Rynek, rondo zniknęło, a straż municypalna zaczęła inkasować kary za postój.
Okrążywszy plac ułan skręcił ostro w prawo, minął stadko kobiet przed sklepem mięsnym, drogerię, delikatesy, kilka innych smutnych witryn i nie zwalniając przemknął przez most. Za kinem ulica rozwidlała się. Stare brukowane ramię prowadziło do zamku, nowe, jeszcze niedawno będące zwykłą polną drogą obejmowało osiedle. Nieduży obszar podobny i zarazem niepodobny do występujących wszędzie, jak kraj długi i szeroki gór betonu, mnogich rzędów mrówkowców z dziewiątym, dwunastym i szesnastym piętrem, pomiędzy którymi uwijały się anonimowe figurki wpadające w labirynt korytarzy, wind, numerów, pięter i półpięterek. Owych symboli epoki ujednolicenia, i wielkich, i małych było wszędzie pełno, wyrastały w dziesiątkach miast, miasteczek i wsi całkiem nieźle udając mieszkania. Niemniej osiedle utworzone z pięciu niewysokich, topornych, szarobiałych klocków przy tamtych molochach było wprost swojskie, miłe i przytulne, nam wydając się piękniejsze niż Biały Dom.
– Ten – wskazałem budynek. – Ostatnie wejście.
– Które okna?
Trzymając się za ręce ruszyliśmy w górę. Szybko, coraz szybciej przeskakiwaliśmy stopnie, po dwa, trzy schody.
Już.
– Widzisz, zdążyliśmy! –zawołałem wyciągając klucze i przekraczając próg wziąłem ją na ręce niczym oblubienicę- Witaj w domu!

Fragment II- ŚRODEK

Gdyby antenaci królewskiego rodu posiedli zdolność opuszczania płócien zdobiących ściany pałacu, tego wieczoru otworzyliby szeroko swe oczy i rozwarli usta ze zdumienia. Nigdy w przeszłości goszczący w progach rezydencji ludzie nauki, kultury i sztuki nie wyciągali w taki sposób rąk po jedzenie. Ani za Sasów, ani za Poniatowskich nie oglądano tylu niecierpliwych par dłoni dopychających się podczas kończącego zjazd przyjęcia do kawioru i krewetek, do łososi i mięs w galantynie więzionych, do serów wykwintnych wśród owocu winorośli przycupniętych jakby pierwszy raz w życiu takie cuda było im dane spożywać.
– Patrzcie jak lekarze pchają się do żarcia. Bardziej łapczywi są tylko dziennikarze – komentuje Smolak, mąż publicystki kobiecego pisemka.
– Bronek śpi z dziennikarką, więc wie.
– Nie martwcie się. Politycy i prawnicy też nieźle radzą sobie na bankietach.
– Byt określa odbyt.
– Czasy są chamskie, słabe musi zginąć.
Bla, bla, ble, ble. Ludzie Orlickiego zrzucili ciężar z serc. Zebrane w kuluarach gratulacje wynagrodziły im chłodną reakcję sali. Wieloletnia zbiorowa praca stała się źródłem żywego zainteresowania, żal im tylko Ewy, smutnej i zgaszonej, zbyt głęboko przeżywającej swoje Waterloo.
W sumie niepotrzebnie.
– Wyglądasz jakby miała nosoryjówkę – stwierdza z troską Jan. – Nie pijesz, nie jesz, chowasz się po kątach i nie przejawiasz skłonności do krycia.
Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się, ale jakoś blado.
– Spływamy – ogłasza Smolak.- Stary ze Steinem zmierzają w naszym kierunku.
Sława i prezes wielkiej fundacji właśnie ją pragnie poznać? To niemożliwe, raczej niewiarygodne. I zdziwienie Ewy sięga apogeum, gdy w chwilę później z ust szefa padnie propozycja, jakiej w najśmielszych snach nie śmiałaby się spodziewać.
– Profesor Stein chce zaprosić panią do Heidelbergu– oznajmił Orlicki, kładąc dłoń na jej ramieniu.
– Czy nie zostałam oceniona zbyt wysoko?- zapytała z odcieniem wahania.
Och, jakże była kobieca.
Roześmiał się, obnażając piękne, białe zęby.
– Eksperymentuję na człowieku nie od dzisiaj i zapewniam, że znam się na ludziach – rzekł.- Pozwoli pani, że sam ustalę własną opinię.
– Poddaję się – szepnęła.
Orlicki zadowolony, że tych dwoje nieźle się porozumiewa, rezygnuje z dotrzymywania towarzystwa. Nie zauważył, że utkwiwszy wzrok w źrenicach kobiety Stein ma jej do powiedzenia coś, czego w żadnym wypadku nie wyraża się przy pierwszym spotkaniu, z pewnością nie przy szefie i również nie w towarzystwie, w centrum wielkiej sali.
Dosyć.
Na dziś wystarczy.
Pianista gra i gra.
Za winem podąża oszroniona wódka, preludia i sonaty ustępują miejsca tanecznym rytmom. Porzucając smutek szopenowskich fraz muzyk akompaniuje wokalistce, której silny, o pięknym brzmieniu głos dociera do najodleglejszych zakątków sali. Gwar cichnie, objęta ramionami młodzież zaczyna nucić, stopy same ruszają się do tańca.
Hola, hola, wszak to bankiet!
Jak zew rozlega się:
– Niech żyje bal…
Nikt nie zdoła powstrzymać tylu rozbawionych, tylu pałających chęcią tańca, już para za parą krąży w rytmie walca na bankiecie zamykającym zjazd. Zamiast spokojnie spacerować z talerzykiem wiodąc nudne, uczone dysputy, oni wirują, kręcą się, łączą.
– Orkiestra gra. Drugi raz nie zaproszą nas wcale…
U siebie jesteśmy.
Niech nikt nie mówi, co wypada.
-Niech żyje bal!
Dla narodu miłującego taniec na równi z walką ani przepisy, ani konwenanse nie znajdują zastosowania.
– Jesteście niesamowici, kocham was, Polacy –oczarowany Stein obejmuje wzrokiem Annę.
– Za co?- pyta spuszczając wzrok.
– Za ogień i umykanie klasyfikacjom. Europa jest nudna i syta. Nazbyt zadowolona z siebie.
Myśląc o nostalgii swoich wypędzonych rodziców, niechętnym wzrokiem obrzucił Bronka wyciągającego rękę w geście zaproszenia do tańca.
– Dziękuję. – odmawia Ewa. –Dzisiaj nie tańczę.
Kto ją zna, wie, że to niebywałe, żeby rozmowę wybierała w miejsce tańca? Cóż takiego mają sobie do powiedzenia z tym czarodziejem? Czyżby zasłonę jakąś zarzucił był jej na głowę, że świata nie widzi, nie słyszy i nikogo wokół nie dostrzega.
Czyżby?
A na salonach tyle się dzieje…
Rzućmy okiem w kierunku oniemiałej, w słup soli zamienionej Ady Misiaczek, na oblicze której ni stąd ni z owąd wypływa rumieniec. Szkarłat oblewa policzki, szyję, dekolt i biust obfity, profesorski, uczony. Gorąco, och, jak tu gorąco. Nikt nie dostrzegł, że naczynioruchowa gra rozpoczęła się od wsunięcia w miękką dłoń przewodniczącej maleńkiego zawiniątka. Na środku wielkiej sali pośród gobelinów, złoceń, kolumn, sztukaterii i kryształowych żyrandoli wprost do jej ręki niczym łapówkę wsunięto rzecz w sumie pozbawiona wartości, ale za to nie bez znaczenia.
Jej własne różowe majtki.
I któż śmiał to uczynić?
Wiadomo!
Nieokrzesanego wyczynu dokonać mógł tylko jeden człowiek, bezczelny i wredny Tadeusz Orlicki. Przekazując dyskretnie i zarazem publicznie to, co równie dobrze mógł był spalić, wyrzucić, unicestwić spowodował, że wnętrzem dłoni Ada rozpoznała jedwabne majtki, jeszcze wczoraj opinające tłuste, profesorskie pośladki. Biust faluje pod aksamitną czerwoną suknią i powietrza jej braknie, i duszność jej doskwiera.
O, Boże, Boże jak gorąco!
– Na przekór usiłowaniom wszedłem w posiadanie dessous pani profesor- z konspiracyjnym szeptem Orlicki pochyla się nad małym uszkiem.- Drogą empirii przekonała mnie pani, że starzeć się z godnością, to sztuka wielka i rzadko spotykana.
Cóż za afront!
Chamstwo.
Dosyć, ach, ach, dosyć.
I po policzkach zasłużonej internistki płyną łzy. Tani tusz ścieka z rzęs malując twarz Ady w wojenny deseń. Tego tylko brak, aby otoczyły ją pocieszycielki, uczone przyjaciółki, aby zbiegli się asystenci i adiunkci wypatrujący sensacji, przepełnieni nadzieją, że załamie się i wyzna, i powie:
– Obserwował mnie, podglądał, szpiclował, czyniąc to tak długo, tak wytrwale, aż trafił na majtki, które wirując niczym niesiony z wiatrem różowy kwiat opadły z balkonu mojego apartamentu. Opadły z miejsca, w którym powtarzałam fizjologię układu moczowo płciowego z profesorem Mickiewiczem, wieloletnim kochankiem i autorem prac moich. Wprawdzie nie żywię nic przeciwko temu, aby mówiono o mnie, że jestem namiętną i pożądaną, ale czyż trzeba czynić to w sposób tak brutalny i obcesowy? Gdzie kultura, gdzie dyskrecja, gdzie bon-ton? Wypraszam sobie! Toż to nie kolega profesor, ale świnia prawdziwa, istny gbur i cham!
Ale ani przyjaciółki, ani uczniowie ze słowem pociechy ku niej jakoś nie spieszą. I osamotniona, opuszczona przez wszystkich Ada wypływa z sali.
Och, och, och!
-Drugi raz nie zaproszą nas wcale…
Bankiet nabiera barw.
Minuty zamieniają się w godziny, wspólny czas Ewy i Andreasa mija, jak z bicza trzasnął. Tak wiele mając sobie do powiedzenia. Nie rozstają się ani na sekundę. Każdy, kto próbowałby zbliżyć się, przeszkodzić zostaje odprawiany krótkim, nie znoszącym sprzeciwu gestem Steina. Źrenicami oczu docierając głębiej niż należałoby mu pozwolić, sprawia, że Ewa zaczyna płonąć dziwnym blaskiem. Ni stąd ni z owąd bolesny kontakt z ziemią znika, jakby oderwała się, poszybowała, uniosła.
A pianista gra i gra.
-Czy rzeczywiście lekarz może więcej zdziałać dla swoich pacjentów wtedy, gdy zostaje politykiem? – pyta naiwnie.
– Politykiem zostaje się dla siebie, Ewo- wyjaśnia, lekceważąc wyraz rozczarowania -Dzięki Bundestagowi znalazłem się w Fundacji, a dzięki niej mogę zapraszać na stypendia piękne i uzdolnione Polki, czego z pewnością nie przyjdzie mi żałować.
Źrenice oczu, jeszcze czarniejsze niż jego charakter, nie musiały zbyt długo zabiegać o to, by kobiety chciały oddawać mu wszystko za nic. Tandetę, pospolitość, kicz lekceważył, nawet gdyby był najpiękniej opakowany. Jednak od początku tego niezwykłego wieczoru towarzyszyła mu pewność, że tym razem należy czekać. Cierpliwie czekać. I kładąc dłonie na ramionach kobiety, ze smutkiem, nieźle chyba zagranym, oświadczył:
– O świcie mam lot do Tokio, daruj zatem, że ciebie pożegnam– a na widok rozczarowania zaryzykował. –Chyba, że zamierzasz ułożyć mnie do snu? – i natychmiast zakończył.
– W takim razie do zobaczenia Heidelbergu.