Ballada o pomylonych – Fragmenty

Fragmenty Audio


 

Z izby przyjęć dochodzi wycie, od którego nawet Julii cierpnie skóra. Głos wydobywa się z ust kobiety o zmierzwionych, mokrych od potu włosach, która unieruchomiona kaftanem, miota się na kozetce. Bluza wyposażona jest w długie, dłuższe od ludzkich koñczyn rękawy, skrojone po to, by ciasny supeł gdzieć na plecach odbierał nieszczęćnikowi swobodę ruchu. Trzech pracowników pogotowia – lekarz, sanitariusz i kierowca – uwija się jak w ukropie. Maję co robić, aby przeniećć chorę na łóżko i natychmiast zakuć ję w skórzane pasy. Z kaftana trzeba się rozliczyć, nie zostawię go więc tutaj za nic w ćwiecie. Z drugiej strony pućcić pomylonę też nie sposób. Takie jak ona rujnuję całę izbę. Takie jak ona mogę przyrżnęć, kopnęć, zranić. Szamotanina trwa, pacjentce nie brakuje siły. Chłopcy z pogotowia wiele daliby teraz za spokojnę pracę na poczcie, gdzie jest czas na wypicie herbaty i trudno zarobić siniaka.
– Nie gryż! – krzyczy sanitariusz i wykręca niespokojnę rękę.
– Proszę nie drażnić chorej – zwraca uwagę Julia, ćwiadoma tego, że gdy chłopcom się spieszy, na okolicznoćci nie zważaję. – Zaraz sobie ten kaftan zabierzecie. Tylko podamy lek. I nic na siłę, proszę, nic na siłę.
– Inaczej z nię pani nie ujedzie – wtręca lekarz, młody chirurg dorabiajęcy na dyżurach do szpitalnej pensyjki. – Połowę chałupy zdemolowała zanim dała się nam zabrać.
– Wytłukła wszystkie szklanki – dodaje kierowca.
– Jak tobie by majstrowano w kodzie genetycznym, też być tłukł – chichocze sanitariusz, w obecnoćci psychiatry zdecydowanie bardziej pewny siebie niż przed chwilę.
Zwierzęcy skowyt obłąkanej zagłusza lekarskie zalecenia. Pielęgniarka pospiesznie piłuje ampułki. Załoga karetki wspólnymi siłami unieruchamia udo, w które wstrzyknięty zostaje roztwór neuroleptyku. Farmakologiczny kaftan bezpieczeństwa, o ileż mniej uwierający od bawełnianego ubranka, z minuty na minutę coraz szczelniej oplata wojujące ciało. Bezładne powieki zaczynają ciężyć, chociaż chora usiłuje się bronić ze wszystkich sił. Walka z samą sobą, swym prywatnym wrogiem, od lat jest tym, co najlepiej się jej udawało. Tym razem jednak wiele wskazuje na to, że nie wygra. Gwałtowny wybuch psychozy przypomina niekontrolowane zerwanie tamy. Złowrogą siłę wód spiętrzoną przez człowieka i bez jego wiedzy uwolnioną. Uczucia, latami strofowane i stawiane na baczność, dochodzę do głosu. Niczym puszczone na żywioł moce, z przerażającym łoskotem i nieludzką siłę wybrzmiewają w końcu, wybuchając harmidrem głosów. Kakofonia nie do zagłuszenia. Nie milknę ani na moment.
– Jesteć pomyłkę!
– Nigdy się nas nie pozbędziesz!
– Nigdy! NIGDY!
Głosy, dlaczego nie cichniecie? Zamilknijcie! Zawsze krytyczne, bezwzględne, strofujące. Dręczące od momentu, ledwie tylko otworzysz oczy, pouczają i kuszę, popychając prosto w objęcia obłędu. Prowadzę w jednym, tylko jedynym kierunku: ku destrukcji. Uciszcie się!

Porzucenie sutanny – wariant całkiem poważny. Możliwość tyleż realna, co kusząca. Nieprawdopodobna i po ludzku trudna. Z dnia na dzień coraz bardziej pociągająca. Ledwie tylko zaczynałem wnikać w szczegóły, zbliżałem się do granicy obłędu. Przeszłość mieszała się z przyszłością, wartości z obawami. Im żywiej pracowała wyobraźnia, tym wizja nowej drogi życia powodowała więcej trudności. Najbardziej przerażał mnie początek. Fakt, że mógłbym pociągnąć za sobą kobietę, wiążąc jej los ze swoim, przerastał mnie. Męska odpowiedzialność za wspólne dni – czy dam radę? Ktoś powiedział, że celibat i seminarium są kiepskim przygotowaniem do małżeństwa. Życie to nie bajka. Przychodziły chwile, kiedy zaczynałem dziwić się Julii… Jak to możliwe? Mądra i wykształcona kobieta, a dała się uwieść jak pensjonarka. Jeśli chodzi o moje emocje, nic nie było oczywiste. Rozważając porzucenie duchownego stanu, widziałem przed sobą ogrom czekającej mnie rezygnacji. Jedno wielkie wyrzeczenie! Utratę szacunku i prestiżu, brak pewnego utrzymania i dachu nad głową. Perspektywa paraliżująca już na wstępie. To wszystko byłoby jednak niczym przy tym, co znaczyła rozmowa z rodzicami. Krok, którego obawiałem się jak ognia. Podczas gdy ja przeklinałem wynaturzenia celibatu, im miałby runąć świat. A wszystko przez moje nieopanowanie. Mógłbym, co prawda, ze łzami w oczach prosić ich o przebaczenie; mógłbym liczyć, że rodzicielskie serca się nie odwrócą; mógłbym mówić, mówić, mówić… Po co? Mógłbym zburzyć ich złudzenia, obnażając prawdę o funkcjonowaniu kościoła hierarchicznego; mógłbym tłumaczyć, że tylko przez jeden jedyny rok byłem naprawdę księdzem, a później sprawowałem tylko funkcje kapłańskie – jak automat. Czy miałem prawo domagać się tolerancji dla pięknoducha, gdy nad domem tych porządnych ludzi miał zawisnąć skandal, o jakim w koszmarach nie śnili? A jeśli ojciec zacznie znów pić?